środa, 24 lutego 2016

Błoto

Na dworze siąpi deszcz. Zimnawo. Szaro. Niezbyt przyjemnie. Za to w sieci gorąco. Co kilka dni, godzin i minut sensacja. Coraz to nowe skandale. Coraz to nowe wynurzenia. Najczesciej są to wynurzenia z błota. Nie potrafię sobie wyobrazić tego wizualnie.
Dzisiaj, w kolejny wielkopostny dzień warto sobie przypomnieć, że poza błotem też jest życie, że można inaczej, że można także bez rzucania błotem.
Warto pomodlić się, byśmy nie lubili już więcej błota, byśmy się w nim nie chcieli taplać i dusić. Bo błoto nie jest środowiskiem naturalnym życia człowieka. Błoto jest dla krwiopijczych komarów i szczurów.

czwartek, 11 lutego 2016

Wielki(?) Post

Wczoraj rozpoczął się Wielki Post. Czas radosnego powrotu do Ojca. Czas wchodzenia w rzeczywistość obumierania (przez pokutę) dla tego świata, dla przyjemności, wygód, dla wolnego czasu, aby coraz bardziej zacząć ... żyć! To czas obumierania dla śmierci, dla grzechu, dla złego. Bo skoro to, czym na co dzień żyję - "uśmierca" mnie, moją wrażliwość na Boga, na innych i na samego siebie - to, z kolei, uśmiercenie tego właśnie wprowadzi mnie w nową rzeczywistość (życia), za którą tak bardzo tęsknię.

czwartek, 4 lutego 2016

Tłusty czwartek

Wszyscy wkoło przeżywaja zajadanie sie pączkami. . Dzisiaj rano slyszalem, ze dawniej w Polsce pączki byly... słone, np. z boczkiem. Zawsze byly smazone na "szmalcu". Zero zdrowia, ale ile radosci.
Pan Bog jest tak wspanialy, ze chce, abysmy sie radowali nawet taka drobnostka, jak wyrosniete placki drozdzowe z nadzieniem. 
Wszystkim dojadajacym paczki zycze smacznego.

sobota, 23 stycznia 2016

Zasypało

Cały dzień padało. Odśnieżaliśmy we trzech, potem we troje. Na porannej Mszy sw. byłem sam. Znaczy z grzeszników tylko ja byłem. Pan Jezus uczynił swa Obecność jeszcze bardziej namacalnie zauważalna. Na wieczornej Mszy św. było 5 osób plus Pan Jezus. Tyle odśnieżania przyniosło refleksję, że podobnie jak przekopane przejścia w ciagu 20 minut były zawiewane, zasypywane przez śnieg, tak też zawieja wiru życia powoduje, że do tych samych alejek życia musimy ciagle wracać i oczyszczać. Tak, odśnieżanie to bardzo pouczajaca czynność.

Przeprasam, że nie mam wszystkich polskich literek.

wtorek, 31 maja 2011

Weterani

Wczoraj wzialem udzial w lokalnej uroczystosci patriotycznej w Wallington z okazji dnia zadusznego (tak tak teraz obchodzilismy tzw. Memorial Day) Byli weterani z roznych wojen.
Dzisiaj zas po podjechaniu pod sklep na miescie stanalem obok starego Buicka kombi.
Z samochodu z ledwo bieda wyszla staruszka. Oczywiscie samochod stary wiec mi sie spodobal, wiec go tez obejrzalem w miare dokladnie.
Z tylu zobaczylem rejestracje WWIIAWC a pod nia naklejka 'there are ladies veterans too'. Pomoglem pani podejsc do sklepu. Miala problem z wspieciem sie na kraweznik.
W drodze powrotnej ze sklepu zaprowadzilem ja do samochodu i zagadnalem o jej bycie weteranka. Otoz byla w wojsku w czasie II WOjny Swiatowej. Pokazala zdjecia... Jej tez powiedzialem "thank you", bo niby co wiecej mozna powiedziec...

poniedziałek, 2 maja 2011

Beatyfikacja Jana Pawła II



Wczoraj przeżywaliśmy w całym Kościele beatyfikację Jana Pawła II -
najznamietniejszego z Polaków. Bogu dzięki za dar tego nowego Błogosławionego.
Błogosławiony Janie Pawle II - módl się za nami

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Znowu Msza Krzyżma

To już moja czwarta Msza Krzyżma na ziemi amerykańskiej. Ksiądz Arcybiskup w zwięzły sposób uzmysłowił nam znaczenie Świętych Olejów. Chór wykonał piękne śpiewy. Ministranci i klerycy stanęli na wysokości zadania. Wszystko przebiegło w sposób doskonale podporządkowany przepisom liturgicznym i zamiarom. To pewnie zasługa sztabu ludzi pracującego nad przygotowaniem Celebracji przez wiele tygodni. To załuga Ks. Prałata Gronckiego z Paramus, który wcześniej był rektorem Archikatedry, ale też głównym ceremoniarzem liturgii pontyfikalnych. Styl wypracowany przez lata dzisiaj przynosi owoce.
Katedra - pełna ludzi WSZYSTKICH ras i wielu języków. Tylu diakonów i kapłanów ponoć jeszcze nie było na Mszy Krzyżma. SETKI!!! Bardzo wielu nowych księży z Azji (Indie, Flilipiny, Korea). Wielu nowych Franciszkanów Odnowy, Kapucynów, Karmelitów, przedstawicieli nowych, nieznanych mi zgromadzeń.
Archidiecezja Newarska może cieszyć się wieloma powołaniami, bo też ma dobrego Pasterza, J.E. Ks. Abp. John'a J. Myers'a, który mimo utrudzenia - posługę swą spełnia z wielką troską o powierzony mu Kościół.
Wielki Tydzień oficjalnie uważam za rozpoczęty.

Zmarł O. Florian

W Polsce zmarł śp. O. Florian Jerzy Duchniewski. Był moim kierownikiem duchowym pod koniec lat seminaryjnych. Nie zapomnę jego wspomnień ze spotkań ze Św. O. Pio.
O. Florian był dla mnie wzorem, choć wtedy - niezrozumiałym. Dzisiaj wciąż nie wiem, co w nim najbardziej mi się podobało, co najbardziej mnie inspirowało.
Podejrzewam, że chodziło o... tzw. świątobliwość, swoistą niewinność, przejrzystość i jednocześnie aurę swoiście rozumianej doskonałości w miłości.
Panu Bogu niech będą dzięki za Ojca Floriana, który swą bezpretensjonalną, pokorną wielkością pociągnął do "wyższych rzeczy" tak wiele osób.

sobota, 2 kwietnia 2011

Po obejrzeniu Pasji

Dzisiaj obejrzałem "Pasję" w reż. Mela Gibsona. Ostatnio widziałem film jeszcze w Warszawie. Z perspektywy lat muszę przyznać, że wtedy tak mało widziałem w tym filmie. Dzisiaj chłonąłem obraz i dźwięk jakbym co najmniej spożywał najsmaczniejszy, najlepszy pokarm. Sekunda po sekundzie, ujęcie po ujęciu, klatka po klatce. Nagle wszystko, absolutnie wszystko zaczęło mieć nowe, o wiele głębsze znaczenie. Bogu dzięki za ten film.

niedziela, 16 listopada 2008

Jesieni nie było, czyli święta tuż tuż

Od paru dni w wielu stacjach radiowych w USA rządzą już świąteczne klimaty. W miastach są ustawione świąteczne dekoracje. W New Jersey już ścięto choinkę, która ma stanąć na Times Square. Na autostradzie widziałem dzisiaj obczepione świecidełkami wielkie amerykańskie ciężarówki...

Tiaaa... W sklepach pierwsze "mega"promocje. Np w 2 telewizory LCD 46-calowe za jedyne $1999, 42-calowy - $799, 32-calowy - $399... 56-calowy DLP za jedyne $999...

Tanieje większość rzeczy. Dzisiaj benzyna po $1.84 - czyli po 1.45 zł za litr mniej więcej. Na drogi wytoczyły się Hummery, stare krążowniki i inne rakiety typu Corvette, Mustang, Viper.

W TV pierwsze "mikołajki". Pierwsze świąteczne jingle, pierwsze wypełniacze ze śniegiem.

Tylko jakoś w tym całym świątecznym nastroju zapomina się o Gospodarzu świąt. Pewnie gdzieś poszedł wystawy sklepowe oglądać...

sobota, 20 września 2008

Zmarł mój Tatuś - Marian

Dzisiaj w nocy zadzwonił do mnie mój brat. Powiedział, że ma smutną wiadomość. Już wiedziałem, o co chodzi. Tatuś zmarł nad ranem w sobotę 20 września. Bardzo mi smutno z tego powodu. Miałem nadzieję, że jak polecę do Polski gdzieś w październiku to się z nim spotkam, porozmawiamy. Leżał od czerwca w szpitalu w Łomży - bardzo cierpiał. Bardzo mi Go brakuje... Przeżył 75 lat, ale życie miał niezwykłe. Od dzieciństwa pracował ciężko na roli w Kolnie. Potem przymusowe wojsko - kompania żołnierzy górników. Potem długie lata ciężkiej pracy jako kierowca. Potem wyjazd na prawie 3 lata do USA. Potem powrót i nieustanne szarpanie się z okolicznościami losu... Wreszcie choroba i rozłąka. W tym życiu się nie zobaczymy. Ale w przyszłym Życiu - wierzę, że jak najbardziej.
Najbardziej brakuje mi Jego pogody ducha, jego uśmiechu, jego niekończących się opowieści z życia, jego muzyki, przy której odpoczywał w sypialni. Bardzo o nas dbał. Starał się zapewnić nam godne życie, by nam niczego nie brakowało. Pamiętam, jak wtedy, gdy bardzo ciężko mi - przyjechał nocą i pocieszał mnie, przywiózł lekarstwa, piecyk do ogrzania celi klasztornej... Pamiętam, jak bardzo ofiarnie czuwał przy Mamie, gdy leżała chora w szpitalu przez wiele tygodni. Pamiętam, jak zabierał nas na wycieczki niedzielne starym Zaporożcem. Był dla nas wszystkim. Najlepszym Ojcem. Wychowywał nas z Mamą na ludzi godnych i prawych. Wierzę, że przez swoje życie przeszedł najlepiej, jak potrafił. Wierzę, że przez cierpienie Pan Bóg przygotował Go do przyjścia do Domu w Niebie. Modlę się za Niego, choć wiem, że jest przy mnie i mnie dalej kocha. Ja Jego też.

wtorek, 3 czerwca 2008

Spotkanie po latach


W sobotę 31 maja spotkaliśmy się po 15 latach od matury. Wybraliśmy Kolno, niedaleko Liceum. Zebrało się nas całkiem sporo. Miło było powspominać stare czasy. Impreza była naprawdę niesamowita. Nie będę się rozpisywał, bo i po co. Kto był, ten wie jak było i na pewno tego nie żałował.

czwartek, 20 marca 2008

Po Liturgii Wielkiego Czwartku (Wallington)

Kościół w Wallington, NJ, 127 Paterson Ave/27 Dankhoff Ave

Kopuła wewnątrz Bożego Grobu / "Ciemnicy"

Wewnątrz Bożego Grobu / "Ciemnicy"

Adoracja Wielkoczwartkowa

Boży Grób / "Ciemnica"

Matka Boża Bolesna

Puste Tabernakulum

Po Ostatniej Wieczerzy

Oleje przywiezione z Archikatedry w Newark
uroczyście wniesiono w procesji

Wokół opustoszałego ołtarza

Informacje na temat parafii, galerie zdjęć i biuletyn - na stronie: www.mostsacredheart.org

Wielkanoc 2008

wtorek, 2 października 2007

W służbie JKM

Wczoraj o 7.40 wieczorem wylądowałem na Heathrow. Po niespełna dwóch godzinach dotarłem do klasztoru w Erith, gdzie czekała na mnie kolacja - jajecznica z 18 jajek. Znaczy - nie tylko dla mnie. Nie byłem sam. Wraz ze mną dwaj Bracia (Andrzej i Lucjan) rozpoczęli swoją przygodę na Wyspie. Jak to będzie - sam Pan Bóg raczy wiedzieć. Mma nadzieję, że akomodacja i adaptacja przebiegnie spokojniej, niż tego się spodziewam. Mam przecież "doświadczenie" (wprawdzie nie 25 lat, jak niektórzy, ale jednak) w przystosowywaniu się do rozmaitych warunków życia.
Dzisiaj odsypiam miniony tydzień. Zrobiłem przecież samochodem ok. 5000 km. (oczywiście nie sam - jechaliśmy we dwóch z br. Markiem). Mało spania, duuuuże zmęczenie i stres przed wyjazdem do Anglii zrobiły swoje. Dzisiaj w nocy spałem jak dzidziuś. Zresztą w dzień również ;-)
To na razie tyle zwierzeń. Wkrótce, mam nadzieję, pojawią się następne. Pozdrawiam! Z Bogiem

piątek, 19 stycznia 2007

Pani Aleksandra

Najwcześniejsze obrazy z dzieciństwa są związane z kimś bardzo ważnym, z Rodzicami, Rodzeństwem, z pierwszymi zabawkami (a niech tam, wspomnę je: samochodzik fiotetowy, dwa miśki pluszowe o wiele większe ode mnie, książeczka "Nie płacz misiu", klocki, samochód na baterie prod. NRD - De Tomaso Mangusta, rowerek "Pawik" i parę innych), z pierwszymi koleżeństwami (Ewa, Artur, Iza), z pierwszymi podróżami "w trasy" z Tatą (Jelczem "na Śląsk"), z paroma innymi sprawami. Ale w mojej "maleńkości" była też "Pani" - Pani Aleksandra Zabielska.

Nie wiem, jak to się stało, że zamieszkała u nas. Ale pamiętam ją od zawsze. Krzątała się po domu, gdy Rodzice byli w pracy. Gotowała posiłki, sprzątała i pilnowała mnie i Rodzeństwo.

Pamiętam już jak przez mgłę parę ważnych wydarzeń, które czasem wracają do mnie we śnie, we wspomnieniach. Otóż Pani zabierała mnie na sąsiednią ulicę pod figurkę Matki Bożej ustawioną na brzegu jednego z podwórek. Tam uczyła mnie różnych nowych modlitw (dzisiaj już nie pamiętam, jakich). Tam też "wymadlała dla mnie" cukierki - nagle z nieba zaczęły frunąć jak jesienne listki pyszne iryski. Wtedy po prostu myślałem, że to Matka Boża rzuca mi pod nogi słodycze. Ale dzisiaj domyślam się, że to właśnie Pani rzucała je, bo w swej pokorze wszystko, co robiła, wszelkie dobro przypisywała Panu Bogu lub Matce Bożej.

Pamiętam jak czasem Pani czytała mi książkę - "Karnawał Dziadowski". Nie wiem, skąd ta książka się znalazła w domu, ale choć kompletnie nic z niej nie rozumiałem, bez niej nie potrafiłem zasnąć.

Pamiętam, jak płakałem, gdy wyjeżdżała do swojego domu rodzinnego na stałe. Potem spotkałem ją na moich pierwszych ślubach zakonnych. I to był ostatni raz, kiedy ją widziałem. Parę lat temu na zawsze odeszła po Wieczną Nagrodę.

Dzisiaj wiem, że jej obecność w dzieciństwie to był Boży dopust, abym teraz, jako kapłan, miał obraz Boga obłaskawiającego mnie skarbami ("cukierkami"), dobrego, wspaniałomyślnego, skorego do przebaczenia.

Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci. Niech odpoczywa w pokoju. Amen.

***

Idziemy razem,
Ona trzyma rękę
Na moim "teraz"
By żadne "kiedyś"
Co było lub będzie
Mi nie szkodziło.

Spojrzała wkoło
Tam, gdzie moje oczy
Nic nie widziały
Bo byłem mały.

Przeprowadziła
Na drugą stronę
Drogi ruchliwej
Pełnej samochodów.

Przed Jej figurką
Uzyskała zgodę
Na pocieszenie
Mnie zapłakanego.

Ręką rozdarła niebo
Aż się rozpadał
Deszcz słodkich gwiazdek.

I tłumaczyła się wytrwale:
To nie ja! Gdzieżbym śmiała!

czwartek, 7 grudnia 2006

Babcia Janina

Oparta o stół w kuchni
Wpatrzona w okno
Ciężko wzdychająca.
Podaje chleb z cukrem
Na dłoni w kształcie serca.
W oczach szare niebo
Przesuwa się z lękiem
"Czy wrócą?"

"Czy odnajdą się wszystkie
Dni, które porozbiegały się
Po świecie?"

W obłoku siwych włosów,
W uśmiechu rześkim jak rosa
Spoczęło słońce wiosenne.

Wtedy było najlepiej,
Gdy gładziła mą głowę
I tłumaczyła zawiłość
Ludzkiego losu.

Wtedy jej twarz
Coraz bardziej poorana
Wygładzała się nagle
Jak zielona łąka.
Mówiła cichutko, szeptała
Sekret rodzinny dawno zapomniany.

(Babcia - śp. Janina Biedrzycka - zmarła 9 grudnia 1988 roku, byłem wtedy w VII klasie)

sobota, 18 listopada 2006

Szkoda, że "zżarło" mi zdjęcia.

Kolejny dojrzały owoc mango z hukiem spadł z drzewa na ziemię. Właśnie ten niepokojący odgłos, a nie terkoczące i wyjące za oknem motocykle i samochody obudziły mnie nad ranem. Chiquimula budziła się ochoczo do nowego dnia. Dnia, który dla mnie oznaczał jedno: wyjazd z Bratem Franciszkiem Pietruchem w góry, do najwyższych wiosek – Sauce i Puente.

Kawa, czarna fasolka i tortilla – poranne menu urozmaicone tylko wyjątkowo ostrą papryczką chili wprawiło mnie w dobry nastrój. Na podwórku odezwał się rozbudzony leniwie z błogiego snu silnik klasztornej Toyoty Hi-Lux. Jeszcze ostatnie zawołanie na korytarzu: „Andrzej, wziąłeś wszystko?” Potem pogodne spojrzenie i pytanie: „Najadłeś się? Bo następny posiłek nie wiem, o której będzie…”

Wsiedliśmy. Krótka rozmowa z jakimś dobrodziejem w bramie klasztoru. Toyota po chwili ruszyła. Pamiętała wczorajszą wyprawę – bardzo podobną do dzisiejszej i do setek im podobnych. Ruszyliśmy w stronę najwyższych wulkanów. A Toyota swoje: „Ej, no… Przecież nie mam turbosprężarki!” A zapytany o kwestię turbo Brat Franciszek odparł: „Bez turbo tutaj są lepsze – dłużej silniki pracują! Nie musimy tak często remontować ani kupować samochodów”.

Najpierw przysłowiowa „bułka z masłem” – łagodne podjazdy wśród drzewek nieznanych mi gatunków. Wyschnięte koryto rzeki wróżyło: „tylko patrzeć, jak przyjdzie pora wilgotna i wszędzie się zazieleni i radośnie popłynie rzeka”. W porze suchej wielu Indian Chorti’, do których jedziemy, nie dożywa pory deszczowej. Susza zabija wiele dzieciaków, które i tak na co dzień cierpią w wyniku niedożywienia.

Kolejne mijane wioski coraz bardziej przywodzą na myśl, jak bardzo obecność kapucynów zmieniła okolice Chiquimuli. W każdej niemal napotkanej osadzie można dostrzec kościół. Budowali je nie tylko katolicy dla siebie, ale i innowiercy dla katolików. Brat Franciszek zbudował ich wiele – trudno powiedzieć, ile. Ale nie tylko kaplice – także drogi, szkoły, mosty – często miejscowa ludność była zainspirowana właśnie delikatnymi, acz stanowczymi sugestiami naszych Braci.

Wreszcie droga zaczęła bardziej przypominać wijący się wśród gór i przepaści wyjazd z podziemnego garażu, bądź parkingu. Wreszcie się zaczęło. Diesel Toyoty wzdychał rozpaczliwie do Brata Franciszka: „Włącz jedynkę! Nie daję rady!” Miłosierdzie Brata Franciszka chyba nie zna granic – włączył upragnioną jedynkę. Jest ok.

Dojechaliśmy do Sauce. Zegarek pokazuje południe. Ile przejechaliśmy? Parę kilometrów. Może kilkanaście. Ile zostało? Szkoda pytać… Droga szaleńczo uciekała z wioski w góry. Nawet nie chciałem myśleć o dalszej jeździe nad przepaściami.

Andrzej, Brat z Hondurasu, został w Sauce. Miał odprawić Mszę Świętą dla bardzo licznej wspólnoty wiernych. A my z Bratem Franciszkiem – ruszyliśmy w góry… W góry? To jeszcze można wyżej jechać? Można. Droga zbudowana w ramach programu „żywność za pracę”. Zbudowana rękami Indian Chorti’. Droga dostosowana do ich mentalności. Niebezpieczna, ale przecież oni tu żyją. Po tej drodze chodzą zwykle pieszo. Niebezpieczna ale tylko dla nas – przybyszów z nizin. Moja dusza wielokrotnie w czasie tej jazdy siadała mi na ramieniu chcąc odlecieć. Wysokość? Przecież mam lęk wysokości! Zapomniałem. Było wysoko, ale zachwyt nad widokami był wspanialszy od lęku.

Wreszcie La Puente. Jest wczesne popołudnie. Spowiedź trwała chyba z półtorej godziny. Wreszcie stanęliśmy przy Ołtarzu. Msza Święta w górach wśród Indian. Wrażeń nie da się opisać, ani porównać z czymkolwiek. Prawdziwe święto. Kapłan przyjeżdża tu raz na miesiąc. Przychodzą chyba wszyscy. Wielu nie rozumie kapłana, bo mówią w swoim narzeczu Chorti’. Nieważne – grunt, że dzieciaki garną się do Ołtarza, że chcą słuchać i przyjmować do serc Pana Jezusa. Po niemal trzech godzinach od przyjazdu – kończymy Mszę świętą. Teraz musimy wrócić po Andrzeja. Jedziemy „drogą” do Sauce. Brat Franciszek mówi: „Kiedyś te drogi pokonywaliśmy pieszo, bądź na mule. Dzisiaj jest łatwiej. Nie trzeba wyjeżdżać na całe tygodnie w góry do kaplic.”

Po godzinie już w komplecie dojeżdżamy do przełęczy. Tu coś zjemy. Istotnie, wysoko, na niemal 2500 metrów otwieramy burtę pick-upa. Rozstawiamy kubki, bo pić się chce. Zauważam, że opaliłem sobie prawą rękę. Trzymałem nią uchwyt nad głową przez cały Boży dzień. Właściwie tropikalne słońce „spaliło” mi ramię. Skóra przestała mi schodzić po tygodniu. Jemy konserwę rybną, tortille, paprykę. Skromnie, ale dziwnie sycąco.

Ruszamy w dół. Podczas pogawędki nagle Brat Franciszek skręca w lewo na skały. Gdy stanęliśmy – wyjaśnił: „Hamulce przestały działać. Chyba się płyn hamulcowy zagotował”. Po dziesięciu minutach znowu ruszyliśmy w dół. Teraz ostrożniej, na „jedynce z reduktorem”, bardzo powoli.

Dotarliśmy do Chiquimuli, gdy już było ciemno. Co tego dnia się wydarzyło? Nic. Dwóch kapłanów udało się odprawić dwie Msze Święte w dwóch wioskach. Nic nadzwyczajnego. Jutro pojadą tak samo, ale do innych wiosek. Pojutrze też. I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc, rok…

Gdy po starcie z lotniska w Gwatemala City spoglądałem na przemykające pod samolotem góry i wulkany pomyślałem: tu wszędzie są ludzie, tu pewnie są gdzieś misjonarze, Franciszek, Andrzej, drugi Franciszek, Bogdan, Bernard, Józek, Zygmunt, Stanisław.

piątek, 17 listopada 2006

O Kolnie

Polami schodzę ku wieżom kościołów
Mojego miasta, które wnet zostawię.
Chcę w moim sercu na długo zachować
Wspomnienie radości w dziecinnej zabawie.

Wspomnienie rynku tętniącego życiem
W piątkowy poranek dla wszystkich zbyt chłodny
Wspomnienie szkoły przyjmującej w darze
Dzieciństwa rzewność i mój śmiech pogodny.

Wkrótce opuszczę miasto ukochane,
Czy się doczeka, czy wrócę na pewno?
Odpowiem słowem, w którym mi przychodzi
Trudno wyrazić całej sprawy sedno.

Kiedy powrócę, Ty się zestarzejesz,
Zmalejesz wielce, miasto ukochane,
Wobec stolicy, której na lat kilka,
Będę się kłaniała, kiedy rano wstanę.

Zostaniesz zawsze ujmująco pięknym,
Z mym placem zabaw, ze szkołą jedyną.
Z miłością pierwszą, nie do odzyskania,
Ze łzami tęsknoty, co po sercu płyną.

Patrzę na Ciebie, me jedyne Kolno,
Ckliwość przenika mą duszę bez końca,
Niechaj w przyszłości, gdy tylko tu wpadnę,
Widzę nad Tobą złote blaski słońca.

Oby ci wszyscy, co dziś zaczynają
Przemierzać drogę moimi śladami
Także jak ja dziś przychodzę ku Tobie
Wdzięczność okazali schodząc tu polami.

"kOLniAk-Ola". Warszawa, 2005

Wiersz dla O. napisany - "Płytkość"

Płytkością rzeki mkną wrażenia
ku brzegom, którym nie ma
końca.
Płytkością uczuć prą złudzenia
Latu, któremu zbrakło
słońca.
Płytkie wrażenia wrą dziś we mnie
po przemodleniu wiary
w życie.
Płytkimi nazwę owe słowa
co usłyszałam dziś na
płycie.

"kOLniAk-OLA", Warszawa 2005