Na dworze siąpi deszcz. Zimnawo. Szaro. Niezbyt przyjemnie. Za to w sieci gorąco. Co kilka dni, godzin i minut sensacja. Coraz to nowe skandale. Coraz to nowe wynurzenia. Najczesciej są to wynurzenia z błota. Nie potrafię sobie wyobrazić tego wizualnie.
Dzisiaj, w kolejny wielkopostny dzień warto sobie przypomnieć, że poza błotem też jest życie, że można inaczej, że można także bez rzucania błotem.
Warto pomodlić się, byśmy nie lubili już więcej błota, byśmy się w nim nie chcieli taplać i dusić. Bo błoto nie jest środowiskiem naturalnym życia człowieka. Błoto jest dla krwiopijczych komarów i szczurów.
środa, 24 lutego 2016
Błoto
czwartek, 11 lutego 2016
Wielki(?) Post
czwartek, 4 lutego 2016
Tłusty czwartek
sobota, 23 stycznia 2016
Zasypało
wtorek, 31 maja 2011
Weterani
Dzisiaj zas po podjechaniu pod sklep na miescie stanalem obok starego Buicka kombi.
Z samochodu z ledwo bieda wyszla staruszka. Oczywiscie samochod stary wiec mi sie spodobal, wiec go tez obejrzalem w miare dokladnie.
Z tylu zobaczylem rejestracje WWIIAWC a pod nia naklejka 'there are ladies veterans too'. Pomoglem pani podejsc do sklepu. Miala problem z wspieciem sie na kraweznik.
W drodze powrotnej ze sklepu zaprowadzilem ja do samochodu i zagadnalem o jej bycie weteranka. Otoz byla w wojsku w czasie II WOjny Swiatowej. Pokazala zdjecia... Jej tez powiedzialem "thank you", bo niby co wiecej mozna powiedziec...
poniedziałek, 2 maja 2011
Beatyfikacja Jana Pawła II
najznamietniejszego z Polaków. Bogu dzięki za dar tego nowego Błogosławionego.
poniedziałek, 18 kwietnia 2011
Znowu Msza Krzyżma
Katedra - pełna ludzi WSZYSTKICH ras i wielu języków. Tylu diakonów i kapłanów ponoć jeszcze nie było na Mszy Krzyżma. SETKI!!! Bardzo wielu nowych księży z Azji (Indie, Flilipiny, Korea). Wielu nowych Franciszkanów Odnowy, Kapucynów, Karmelitów, przedstawicieli nowych, nieznanych mi zgromadzeń.
Archidiecezja Newarska może cieszyć się wieloma powołaniami, bo też ma dobrego Pasterza, J.E. Ks. Abp. John'a J. Myers'a, który mimo utrudzenia - posługę swą spełnia z wielką troską o powierzony mu Kościół.
Wielki Tydzień oficjalnie uważam za rozpoczęty.
Zmarł O. Florian
O. Florian był dla mnie wzorem, choć wtedy - niezrozumiałym. Dzisiaj wciąż nie wiem, co w nim najbardziej mi się podobało, co najbardziej mnie inspirowało.
Podejrzewam, że chodziło o... tzw. świątobliwość, swoistą niewinność, przejrzystość i jednocześnie aurę swoiście rozumianej doskonałości w miłości.
Panu Bogu niech będą dzięki za Ojca Floriana, który swą bezpretensjonalną, pokorną wielkością pociągnął do "wyższych rzeczy" tak wiele osób.
sobota, 2 kwietnia 2011
Po obejrzeniu Pasji
niedziela, 16 listopada 2008
Jesieni nie było, czyli święta tuż tuż
Od paru dni w wielu stacjach radiowych w USA rządzą już świąteczne klimaty. W miastach są ustawione świąteczne dekoracje. W New Jersey już ścięto choinkę, która ma stanąć na Times Square. Na autostradzie widziałem dzisiaj obczepione świecidełkami wielkie amerykańskie ciężarówki...
Tiaaa... W sklepach pierwsze "mega"promocje. Np w 2 telewizory LCD 46-calowe za jedyne $1999, 42-calowy - $799, 32-calowy - $399... 56-calowy DLP za jedyne $999...
Tanieje większość rzeczy. Dzisiaj benzyna po $1.84 - czyli po 1.45 zł za litr mniej więcej. Na drogi wytoczyły się Hummery, stare krążowniki i inne rakiety typu Corvette, Mustang, Viper.
W TV pierwsze "mikołajki". Pierwsze świąteczne jingle, pierwsze wypełniacze ze śniegiem.
Tylko jakoś w tym całym świątecznym nastroju zapomina się o Gospodarzu świąt. Pewnie gdzieś poszedł wystawy sklepowe oglądać...
sobota, 20 września 2008
Zmarł mój Tatuś - Marian
Najbardziej brakuje mi Jego pogody ducha, jego uśmiechu, jego niekończących się opowieści z życia, jego muzyki, przy której odpoczywał w sypialni. Bardzo o nas dbał. Starał się zapewnić nam godne życie, by nam niczego nie brakowało. Pamiętam, jak wtedy, gdy bardzo ciężko mi - przyjechał nocą i pocieszał mnie, przywiózł lekarstwa, piecyk do ogrzania celi klasztornej... Pamiętam, jak bardzo ofiarnie czuwał przy Mamie, gdy leżała chora w szpitalu przez wiele tygodni. Pamiętam, jak zabierał nas na wycieczki niedzielne starym Zaporożcem. Był dla nas wszystkim. Najlepszym Ojcem. Wychowywał nas z Mamą na ludzi godnych i prawych. Wierzę, że przez swoje życie przeszedł najlepiej, jak potrafił. Wierzę, że przez cierpienie Pan Bóg przygotował Go do przyjścia do Domu w Niebie. Modlę się za Niego, choć wiem, że jest przy mnie i mnie dalej kocha. Ja Jego też.
wtorek, 3 czerwca 2008
Spotkanie po latach
czwartek, 20 marca 2008
Po Liturgii Wielkiego Czwartku (Wallington)
uroczyście wniesiono w procesji
wtorek, 2 października 2007
W służbie JKM
Dzisiaj odsypiam miniony tydzień. Zrobiłem przecież samochodem ok. 5000 km. (oczywiście nie sam - jechaliśmy we dwóch z br. Markiem). Mało spania, duuuuże zmęczenie i stres przed wyjazdem do Anglii zrobiły swoje. Dzisiaj w nocy spałem jak dzidziuś. Zresztą w dzień również ;-)
To na razie tyle zwierzeń. Wkrótce, mam nadzieję, pojawią się następne. Pozdrawiam! Z Bogiem
piątek, 19 stycznia 2007
Pani Aleksandra
Nie wiem, jak to się stało, że zamieszkała u nas. Ale pamiętam ją od zawsze. Krzątała się po domu, gdy Rodzice byli w pracy. Gotowała posiłki, sprzątała i pilnowała mnie i Rodzeństwo.
Pamiętam już jak przez mgłę parę ważnych wydarzeń, które czasem wracają do mnie we śnie, we wspomnieniach. Otóż Pani zabierała mnie na sąsiednią ulicę pod figurkę Matki Bożej ustawioną na brzegu jednego z podwórek. Tam uczyła mnie różnych nowych modlitw (dzisiaj już nie pamiętam, jakich). Tam też "wymadlała dla mnie" cukierki - nagle z nieba zaczęły frunąć jak jesienne listki pyszne iryski. Wtedy po prostu myślałem, że to Matka Boża rzuca mi pod nogi słodycze. Ale dzisiaj domyślam się, że to właśnie Pani rzucała je, bo w swej pokorze wszystko, co robiła, wszelkie dobro przypisywała Panu Bogu lub Matce Bożej.
Pamiętam jak czasem Pani czytała mi książkę - "Karnawał Dziadowski". Nie wiem, skąd ta książka się znalazła w domu, ale choć kompletnie nic z niej nie rozumiałem, bez niej nie potrafiłem zasnąć.
Pamiętam, jak płakałem, gdy wyjeżdżała do swojego domu rodzinnego na stałe. Potem spotkałem ją na moich pierwszych ślubach zakonnych. I to był ostatni raz, kiedy ją widziałem. Parę lat temu na zawsze odeszła po Wieczną Nagrodę.
Dzisiaj wiem, że jej obecność w dzieciństwie to był Boży dopust, abym teraz, jako kapłan, miał obraz Boga obłaskawiającego mnie skarbami ("cukierkami"), dobrego, wspaniałomyślnego, skorego do przebaczenia.
Wieczny odpoczynek racz jej dać, Panie, a światłość wiekuista niechaj jej świeci. Niech odpoczywa w pokoju. Amen.
Idziemy razem,
Ona trzyma rękę
Na moim "teraz"
By żadne "kiedyś"
Co było lub będzie
Mi nie szkodziło.
Spojrzała wkoło
Tam, gdzie moje oczy
Nic nie widziały
Bo byłem mały.
Przeprowadziła
Na drugą stronę
Drogi ruchliwej
Pełnej samochodów.
Przed Jej figurką
Uzyskała zgodę
Na pocieszenie
Mnie zapłakanego.
Ręką rozdarła niebo
Aż się rozpadał
Deszcz słodkich gwiazdek.
I tłumaczyła się wytrwale:
To nie ja! Gdzieżbym śmiała!
czwartek, 7 grudnia 2006
Babcia Janina
Wpatrzona w okno
Ciężko wzdychająca.
Podaje chleb z cukrem
Na dłoni w kształcie serca.
W oczach szare niebo
Przesuwa się z lękiem
"Czy wrócą?"
"Czy odnajdą się wszystkie
Dni, które porozbiegały się
Po świecie?"
W obłoku siwych włosów,
W uśmiechu rześkim jak rosa
Spoczęło słońce wiosenne.
Wtedy było najlepiej,
Gdy gładziła mą głowę
I tłumaczyła zawiłość
Ludzkiego losu.
Wtedy jej twarz
Coraz bardziej poorana
Wygładzała się nagle
Jak zielona łąka.
Mówiła cichutko, szeptała
Sekret rodzinny dawno zapomniany.
(Babcia - śp. Janina Biedrzycka - zmarła 9 grudnia 1988 roku, byłem wtedy w VII klasie)
sobota, 18 listopada 2006
Szkoda, że "zżarło" mi zdjęcia.
Kolejny dojrzały owoc mango z hukiem spadł z drzewa na ziemię. Właśnie ten niepokojący odgłos, a nie terkoczące i wyjące za oknem motocykle i samochody obudziły mnie nad ranem. Chiquimula budziła się ochoczo do nowego dnia. Dnia, który dla mnie oznaczał jedno: wyjazd z Bratem Franciszkiem Pietruchem w góry, do najwyższych wiosek – Sauce i Puente.
Kawa, czarna fasolka i tortilla – poranne menu urozmaicone tylko wyjątkowo ostrą papryczką chili wprawiło mnie w dobry nastrój. Na podwórku odezwał się rozbudzony leniwie z błogiego snu silnik klasztornej Toyoty Hi-Lux. Jeszcze ostatnie zawołanie na korytarzu: „Andrzej, wziąłeś wszystko?” Potem pogodne spojrzenie i pytanie: „Najadłeś się? Bo następny posiłek nie wiem, o której będzie…”
Wsiedliśmy. Krótka rozmowa z jakimś dobrodziejem w bramie klasztoru. Toyota po chwili ruszyła. Pamiętała wczorajszą wyprawę – bardzo podobną do dzisiejszej i do setek im podobnych. Ruszyliśmy w stronę najwyższych wulkanów. A Toyota swoje: „Ej, no… Przecież nie mam turbosprężarki!” A zapytany o kwestię turbo Brat Franciszek odparł: „Bez turbo tutaj są lepsze – dłużej silniki pracują! Nie musimy tak często remontować ani kupować samochodów”.
Najpierw przysłowiowa „bułka z masłem” – łagodne podjazdy wśród drzewek nieznanych mi gatunków. Wyschnięte koryto rzeki wróżyło: „tylko patrzeć, jak przyjdzie pora wilgotna i wszędzie się zazieleni i radośnie popłynie rzeka”. W porze suchej wielu Indian Chorti’, do których jedziemy, nie dożywa pory deszczowej. Susza zabija wiele dzieciaków, które i tak na co dzień cierpią w wyniku niedożywienia.
Kolejne mijane wioski coraz bardziej przywodzą na myśl, jak bardzo obecność kapucynów zmieniła okolice Chiquimuli. W każdej niemal napotkanej osadzie można dostrzec kościół. Budowali je nie tylko katolicy dla siebie, ale i innowiercy dla katolików. Brat Franciszek zbudował ich wiele – trudno powiedzieć, ile. Ale nie tylko kaplice – także drogi, szkoły, mosty – często miejscowa ludność była zainspirowana właśnie delikatnymi, acz stanowczymi sugestiami naszych Braci.
Wreszcie droga zaczęła bardziej przypominać wijący się wśród gór i przepaści wyjazd z podziemnego garażu, bądź parkingu. Wreszcie się zaczęło. Diesel Toyoty wzdychał rozpaczliwie do Brata Franciszka: „Włącz jedynkę! Nie daję rady!” Miłosierdzie Brata Franciszka chyba nie zna granic – włączył upragnioną jedynkę. Jest ok.
Dojechaliśmy do Sauce. Zegarek pokazuje południe. Ile przejechaliśmy? Parę kilometrów. Może kilkanaście. Ile zostało? Szkoda pytać… Droga szaleńczo uciekała z wioski w góry. Nawet nie chciałem myśleć o dalszej jeździe nad przepaściami.
Andrzej, Brat z Hondurasu, został w Sauce. Miał odprawić Mszę Świętą dla bardzo licznej wspólnoty wiernych. A my z Bratem Franciszkiem – ruszyliśmy w góry… W góry? To jeszcze można wyżej jechać? Można. Droga zbudowana w ramach programu „żywność za pracę”. Zbudowana rękami Indian Chorti’. Droga dostosowana do ich mentalności. Niebezpieczna, ale przecież oni tu żyją. Po tej drodze chodzą zwykle pieszo. Niebezpieczna ale tylko dla nas – przybyszów z nizin. Moja dusza wielokrotnie w czasie tej jazdy siadała mi na ramieniu chcąc odlecieć. Wysokość? Przecież mam lęk wysokości! Zapomniałem. Było wysoko, ale zachwyt nad widokami był wspanialszy od lęku.
Wreszcie
Po godzinie już w komplecie dojeżdżamy do przełęczy. Tu coś zjemy. Istotnie, wysoko, na niemal
Ruszamy w dół. Podczas pogawędki nagle Brat Franciszek skręca w lewo na skały. Gdy stanęliśmy – wyjaśnił: „Hamulce przestały działać. Chyba się płyn hamulcowy zagotował”. Po dziesięciu minutach znowu ruszyliśmy w dół. Teraz ostrożniej, na „jedynce z reduktorem”, bardzo powoli.
Dotarliśmy do Chiquimuli, gdy już było ciemno. Co tego dnia się wydarzyło? Nic. Dwóch kapłanów udało się odprawić dwie Msze Święte w dwóch wioskach. Nic nadzwyczajnego. Jutro pojadą tak samo, ale do innych wiosek. Pojutrze też. I tak dzień za dniem, tydzień za tygodniem, miesiąc, rok…
Gdy po starcie z lotniska w Gwatemala City spoglądałem na przemykające pod samolotem góry i wulkany pomyślałem: tu wszędzie są ludzie, tu pewnie są gdzieś misjonarze, Franciszek, Andrzej, drugi Franciszek, Bogdan, Bernard, Józek, Zygmunt, Stanisław.
piątek, 17 listopada 2006
O Kolnie
Mojego miasta, które wnet zostawię.
Chcę w moim sercu na długo zachować
Wspomnienie radości w dziecinnej zabawie.
Wspomnienie rynku tętniącego życiem
W piątkowy poranek dla wszystkich zbyt chłodny
Wspomnienie szkoły przyjmującej w darze
Dzieciństwa rzewność i mój śmiech pogodny.
Wkrótce opuszczę miasto ukochane,
Czy się doczeka, czy wrócę na pewno?
Odpowiem słowem, w którym mi przychodzi
Trudno wyrazić całej sprawy sedno.
Kiedy powrócę, Ty się zestarzejesz,
Zmalejesz wielce, miasto ukochane,
Wobec stolicy, której na lat kilka,
Będę się kłaniała, kiedy rano wstanę.
Zostaniesz zawsze ujmująco pięknym,
Z mym placem zabaw, ze szkołą jedyną.
Z miłością pierwszą, nie do odzyskania,
Ze łzami tęsknoty, co po sercu płyną.
Patrzę na Ciebie, me jedyne Kolno,
Ckliwość przenika mą duszę bez końca,
Niechaj w przyszłości, gdy tylko tu wpadnę,
Widzę nad Tobą złote blaski słońca.
Oby ci wszyscy, co dziś zaczynają
Przemierzać drogę moimi śladami
Także jak ja dziś przychodzę ku Tobie
Wdzięczność okazali schodząc tu polami.
"kOLniAk-Ola". Warszawa, 2005
Wiersz dla O. napisany - "Płytkość"
"kOLniAk-OLA", Warszawa 2005
